O autorze
Zintegrowana komunikacja marketingowa | Strategie w biznesie | Branding i komunikacja wizualna | Inbound Marketing

Jestem strategiem, researcherem i badaczem trendów oddanym ideii copyleft i kulturze remiksu. Doświadczenie i wiedzę zdobywam realizując projekty marketingowe m.in. w Grupie Nokaut, Gdańskim Wydawnictwie Psychologicznym, Wydawnictwie Pedagogicznym OPERON, Travel World Passport, NextData, This Is Paper i wielu innych. Tworzę strategie marketingowe i komunikacyjne dla krajowych i zagranicznych klientów.

Jestem zwolennikiem szkoleń opartych na głębokiej i szczerej analizie zasobów i kompetencji. Wierzę w programy treningowe, które skutkują realną zmianą nawyków i w rozwój oparty na uczeniu się na błędach popełnianych na drodze do osiągnięcia mierzalnych celów. I myślę, że nie ma skuteczniejszej metody działania niż… po prostu działać.

Jestem certyfikowanym coachem w obszarze Business and Executive Coaching oraz trener kompetencji społecznych. Tworzę autorskie programy szkoleniowe w obszarze zintegrowanej komunikacji marketingowej, wystąpień publicznych, komunikacji interpersonalnej oraz motywacji. Prowadzę szkolenia oraz coachingi dla liderów i menedżerów w zakresie technik wzmacniania przekazu oraz perswazji w wystąpieniach publicznych. Specjalizuję się w zagadnieniach tworzenia efektywnych prezentacji biznesowych z wykorzystaniem innowacyjnych narzędzi komunikacji wizualnej opartych na psychologii poznawczej.

Jako wykładowca i opiekun merytoryczny współpracuję z Wyższą Szkołą Bankową, Polsko-Japońską Wyższą Szkołą Technik Komputerowych oraz Uniwersytetem Gdańskim. Jako doradca jestem związany z Inkubatorem Starter oraz Strefą Startup PPNT i Exea Smart Space.

Startupy, ziarno i plewy, perły i wieprze, czyli powrót do korzeni i praca u podstaw

Startupy, ziarno i plewy, perły i wieprze, czyli powrót do korzeni i praca u podstaw.
Startupy, ziarno i plewy, perły i wieprze, czyli powrót do korzeni i praca u podstaw. ©Odd Nerdrum via Odd Nerdrum
Od ponad 5 lat działam w środowisku startupów. Głównie polskich, choć wspierałem też projekty w Australii, Słowenii i Tel Awiwie. I po tych pięciu latach pracy, obserwacji, wspierania i robienia startupów mam jedną ogólną refleksję – pora wziąć się do roboty i powrócić do korzeni. Bo miło już było, teraz będzie śmierć, pożoga, łzy, zgrzytanie zębami i pytanie: jak to, dlaczego się nie udało? I ta odezwa nie jest wyrazem jakiejś skrajnej rozpaczy czy też wołaniem na puszczy. Bo aż tak źle nie jest. Ale może być gorzej. Nie mi, ale tym którzy za bardzo uwierzyli w startupy i źle rozumieją słowo innowacja.

Na początek słowo wyjaśnienia – nic we mnie nie pękło i nie przelała się żadna fala goryczy. Po prostu wyznaję w życiu i w biznesie jedną zasadę. Co jakiś czas trzeba się zatrzymać, przegrupować, otrząsnąć z kurzu (i czasem brokatu) i spojrzeć trzeźwo na miejsce, w którym się znaleźliśmy. A my póki co jesteśmy w bezpiecznym, miłym miejscu, w którym wszyscy piszą o startupach, wszyscy radzą startupom, wszyscy organizują imprezy dla startupów i jakoś nie zdają się zauważać, że coraz mniej w tym wszystkim samych startupów. Jest fajnie, jest impreza. Oby nie był to bal na Titanicu.

Back to basics
Otwierając Toruński Road to Wolves Summit, Łukasz Ozimek – dyrektor Exea Smart Space – powiedział, że najbliższa jest mu definicja startupu autorstwa Steve'a Blanka, który mówi, że startup to tymczasowa organizacja poszukująca powtarzalnego, skalowalnego i zyskownego modelu biznesowego. Czyli, że to nawet nie firma. A już na pewno nie każda firma. Obserwując nasz ekosystem odnoszę zaś wrażenie, że do startupowego worka wrzuciliśmy wszystkich. Być może dlatego, że w ten sposób łatwiej zapełnić sale podczas imprez i gdzieś na papierze wykazać, że co roku dbamy o rozwój setek startupów. Otóż nie dbamy. Przerabiamy. Dla dobra wszystkich, najlepiej będzie jeśli nazwiemy rzeczy po imieniu. I w praktyce będziemy dbali o to, by naprawdę wspierać rozwój startupów w metodologii lean startup. Nie zapominając przy tym, że przy okazji skalowania i rozwoju, startup żeby odnieść sukces musi spełniać określone warunki. Musi zarabiać i wykazać, że rynek jest zainteresowany produktem. Na tyle zainteresowany, by wszystkim się to opłacało. Może jestem idealistą i naiwnym debilem, ale dla mnie startupowiec to człowiek z misją, który chce rozwiązywać realne problemy i szuka sposobów by świat lepiej funkcjonował. Uboczny (ale przyjemnym) skutkiem takich rozwiązań jest kasa, którą ktoś gotów jest zapłacić za takie rozwiązania. Dlatego tak bliskie mi są startupy, które działają na pograniczy nauki i biznesu. A dość mam już nazywania każdego sklepu on-line startupem (bez urazy).

Radykalna szczerość
Radykalna szczerość pozwoli nie tylko na uporządkowanie środowiska. Przygotuje nas też na czas, kiedy będzie trudniej, kiedy skończą się 8.1, kiedy nagle korporacje zorientują się, że nie z każdego ze startupów da się coś wyciągnąć i kiedy skończy się poklepywanie po plecach i deklaracje programowe. Kiedy trzeba będzie robić biznes. Radykalnie też warto podchodzić do swojego pomysłu. To, że mama, tata i koleżanka powiedzieli, że korzystaliby z naszej aplikacji, nie jest weryfikacją biznesową pomysłu. Sam wiem, że jedną z najcięższych do udźwignięcia prawd jest ta, że nasz pomysł jest gówno wart. I się nie sprawdził. Albo sprawdził się tylko w oczach urzędników oceniających projekt z 8.1. Nawet mi, kiedy oceniam projekty i konsultuje startupy, trudno jest wyjść z roli fajnego faceta i powiedzieć – stary, ten projekt nie ma szans. Albo odesłać do szkoły i podstaw analityki biznesowej. Największej jednak szczerości wymagają wskaźniki biznesowe. Jeśli planujesz robić biznes i nie masz ustalonej mądrej polityki cenowej, to walnij się w łeb i idź pracować do korpo. Może tam się nauczysz, że jeśli chcesz działać w systemie brokerskim i od transakcji pobierać 5%, a średnia wartość transakcji to 1000 pln, a transakcji miesięcznie będzie 30, to osiągniesz kwotę 1500 pln. I nie będzie to jeszcze twój zysk. W romantycznym szale powiewu innowacji, nie zapominajmy o realiach. I naprawdę przestańmy marzyć o ewaluacji na poziomie Snapchata. W ogóle jeśli twoją główną ideą tworzenia startupu jest marzenie o sprzedaniu się za miliardy, to wróć do oglądania Social Network albo kolejnej wersji filmów o Jobsie.

Nie będę hubą
Od czasu do czasu zastanawiam się czy nie jestem hubą. Bo nie chce być. Chociaż to przyjemne. Żyjesz sobie przyklejony do drzewa i ssiesz. Nawet ładnie wygładasz. Tylko, że drzewu nie pomagasz. A nawet szkodzisz. Wiem, że ekosystem startupów nie składa się z samych startupów. Potrzebni są mentorzy, prawnicy, networking, fundusze inwestycyjne… Ja poza kilkoma własnymi projektami, zajmuję się uczeniem startupów komunikacji. Bo uważam, że mają z tym problem. I to nie tylko prezentując pomysły. Także przygotowując copywriting na strony, pracując nad prezentacjami inwestorskimi, przygotowując kampanie na Kickstartera czy kampanie emailingowe. Dla mnie miarą sukcesu jest to, czy rzeczywiście moja praca coś im dała. Bo biorę za nią pieniądzę. I czułbym się ostatnim ch…em, gdybym nie potrafił wykazać, że to co robię, przekłada się na realną wartość dla tych, z którymi pracuję. A przecież jest pokusa, by brać pod skrzydła każdego i nie brać odpowiedzialności za to, co się sprzedało. Szczególnie jeśli wiedza jest tak trudna do monetyzacji. Ale obiecałem sobie, że nie będę hubą. I kiedy szukam mądrych pieniędzy dla startupu, który naprawdę potrzebuje tychże, to będę też poza pieniędzmy szukał możliwości zweryfikowania, czy rzeczywiście pomogłem. I nie będę szukał inwestycji, dla startupów, które nie powinny ich dostać. Chociaż taka pokusa też istnieje.

Idea jest warta zero, dokładnie zero…
Kiedy dość radykalnie głoszę tę tezę, zawsze spotykam się z kilkoma śmiałkami, którzy chcą mi udowodnić, że jednak idea może być coś warta. Dla mnie coś warta jest zrealizowana idea. Bo nawet taka sobie bardzo dobrze zrealizowana jest lepsza niż genialna niezrealizowana cała. Zwłaszcza, że tak zacięcie idei samej idei bronią ci, którzy głównie z ideami chodzą na kolejne konferencje. O pomysłach warto mówić. Bo naprawdę, jeśli sądzisz, że już na poziomie samej idei musisz patentować to co wymyśliłeś, to mnie i inwestorów, z którymi pracowałem, rozbawisz. W Dolinie Krzemowej nikt nie macha NDA przed nosem na spotkaniach. Nikt też nie leci od razu z ewaluacją na pierwsze spotkanie z inwestorami. Zwłaszcza, jeśli nie ma jeszcze nawet gotowego pomysłu. Przestańmy wreszcie działać jak za czasów SB, kitrając wszystko jakbyśmy przemycali plany Powstania Warszawskiego. Mówmy o pomysłach, realizujmy je i nie bójmy się wspierać nawet konkurencji. Mam nadzieję, że dzięki temu następnym razem na warsztatach ze startupami, nie usłyszę, że nie podzielą się pomysłem, bo im ktoś ukradnie. Bitch, please…

Za dużo ekspertów, za mało fachowców
Zgadzam się z Marcinem Szelągiem i Bartkiem Golą oraz wszystkimi innymi, którzy twierdza, że w Polsce niedługo będzie więcej imprez startupowych niż samych startupów. Na tych imprezach występują często eksperci, których można nazwać „tłumaczami marketingu”. I chwała im za to, jeśli dobrze tłumaczą to co znajdą na QuickSprout czy na blogu Buffera. Od konferencji do konferencji startupy wysłuchują ludzi, którzy rzucają atrakcyjnymi hasłami. Sam się na tym łapię, kiedy pada z moich ust słowo storytelling. Obiecałem sobie jednak, że nie będę nigdy mówił o rozwiązaniach, których nie sprawdziłem w praktyce, które nie są oparte na wiedzy naukowej (w moim przypadku to psychologia i neuronauki). I to samo radzę innym – jeśli masz własne studia przypadku, to śmiało – ucz innych. Jeśli nie, to zamilknij. Z tego też powodu nie będę mówił o growth hackingu, bo nie zrealizowałem kampanii growth hackingowej na tyle spektakularnej by się nią pochwalić. I mówię to z pełną pokorą. Będę jednak mówił o komunikacji i o pitchowaniu, bo tych zrealizowałem bez liku. Startupom zaś radzę ostrożność w wyborze imprez i prelekcji. Nie wszystko złoto co się świeci. Nie oznacza to, że macie omijać szerokim łukiem imprezy. Jedźcie na Websummit czy na Wolves Summit. Chodźcie na VC Speed Dating. Ale zanim tam pojedziecie, przygotujcie się dobrze, wybierzcie prelekcje, zweryfikujcie prelegentów i każde spotkanie traktujcie filtrem realnych korzyści. Bo sypianie z każdym może być super, pod warunkiem, że się nie złapie syfa.

Moja osobista lista deklaracji
1. Będę brutalnie szczery. Jeśli coś nie idzie, to nie pójdzie. Trakcji nie oszukasz. Rynku też nie. Wieloletnie badania wykazały, że firmy, które sprzedają produkt odnoszą sukces. A te, które nie sprzedają upadają :). Więc jeśli z 800 tysięcy z 8.1 udało ci się w 2 lata zrobić 20 tysięcy, to szału nie ma.
2. Będę dalej uczył pitchowania, ale też nie będę nikogo oszukiwał – nawet najlepszy pitch nie uratuje niezbyt dobrego projektu. Jeśli Twój pomysł ma takie same szanse na realizacje jak obietnice wyborcze, to nie będę pomagał w jego komunikowaniu. Bo to nie fair przede wszystkim w stosunku do ciebie.
3. Przestanę mówić startup o każdej małej firmie, która przybłąkała się na szkolenie i/lub imprezę startupową. Bo naprawdę trzeba uporządkować nasz ekosystem. Inaczej za jakiś czas okaże się, że mój fryzjer męski to startup.
4. Będę namawiać startupy na szukanie naprawdę mądrych pieniędzy i będę im w tym wydatnie pomagał, choć to o wiele trudniejsze niż się wydaje. Ale będę też wspierał startupy w tym, żeby jeśli nie trzeba nie szukały pieniędzy w ogóle. Bo sam najchętniej inwestuję w startupy, które poradziłyby sobie beze mnie.
5. Będę otwarcie mówił o tym, które parki, inkubatory i lokalne ekosystemy robią dobrze, a które nie tak najlepiej. Bo mam nadzieję, że taką informację zwrotną przyjmą i razem zastanowimy się, co można zrobić lepiej.
6. Będę szczególnie wspierał te zespoły, które pracują na linii nauka-technologia-biznes, bo naprawdę uważam, że świat zasługuje na realne rozwiązania, które skupiają się na ważnych problemach a nie duperelach.
7. Będę robił wszystko by uczyć się więcej, pracować więcej i będę robić wszystko by naprawdę móc pomagać a nie udawać, że pomagam dla osiągnięcia osobistej korzyści.
8. Będę dzielił się wiedzą (sprawdzoną), praktyką (realną) i doświadczeniem (zdobytym) i nie będę się bał mówić „nie wiem”, jeśli rzeczywiście czegoś wiedzieć nie będę.
9. Będę ostrożnie wybierał imprezy startupowe i zachęcał startupy do tego samego.
10. Zachowam pokorę, by te deklaracje nie brzmiały pusto.

PS: Postaram się też znaleźć lepsze określenie na angielskie słowo pitch, być może poszukam innego określenia na trakcję (choć wątpię by się udało) i nie będę już używał słowa egzekucja (w znaczeniu wdrożenie) w swoich tekstach. #scienceROCKS #nlpSUCKS
Trwa ładowanie komentarzy...